powrót do strony głównej
   •   CO-GDZIE-JAK?    •    TURYSTYKA    •    JEDZENIE    •   NOCLEGI
manes
imprezy
gospodarze
goście
galeria zdjęć
linki
kontakt
kiton art
KITON ART


 

MUZYKALNOŚĆ NA ŻYCIE



ROZMOWA Z Urszulą Dudziak

Spotykamy się w przeddzień Koncertu Jubileuszowego zespołu VOO VOO - czasie szczególnym, nieco świątecznym... Kiedy, w stronę VOO VOO, z przeróżnych zacnych stron, płyną życzenia szczęścia i spełnienia... I właśnie łapię się na tym, że rozmawiam nie tylko z wybitną, docenioną w Polsce i w świecie artystką, ale i z człowiekiem, który dość często powtarza, że ma po prostu w życiu szczęście, jest spełniony...

Tak. Moje życie, moja droga do sukcesu usłane były licznymi szczęśliwymi przypadkami. Mogę powiedzieć, że urodziłam się "w czepku"... Miałam, wciąż mam, szczęście spotykać wspaniałych, zdolnych, ambitnych ludzi. A to bardzo ważne.
We wrześniu 1973 roku, razem z Michałem Urbaniakiem pojechałam do Ameryki, praktycznie bez żadnego "przygotowania" i bez żadnych planów. Nie przypuszczałam, że tam, w Nowym Jorku zupełnie znienacka znajdę najlepsze miejsce pod słońcem do życia i pracy. I na tak długo... Wielkim szczęściem jest właśnie - od tego czasu, a może i od wcześniejszych momentów mego życia? - że robię to, co lubię, nieźle zarabiam, a pracuję tylko z tymi, z którymi pracować chcę. I nie muszę nic nikomu udowadniać... Czyż to nie komfort?

Krytycy muzyczni i fani zwracają nade wszystko uwagę na dwie podstawowe cechy Pani dzieła: absolutną muzykalność i... wielką radość płynącą ze sceny... Co Pani na to?
"Masz niezwykłą muzykalność na życie" - mówił Stanisław Dygat do Kaliny Jędrusik. Myślę, że to jeden z najmilszych komplementów, jakie może usłyszeć artysta; nie tylko muzyk... Staram się wciąż na niego zapracować... Staram się też, by "ta dobra energia" nie opuszczała mnie od pierwszych artystycznych prób, pierwszych nut. Kiedy zaczynałam, mówiono mi nawet, że śpiewam jakbym "wciąż była uśmiechnięta". Myślę, że jest to do dziś jakaś esencja mojej muzyki i mojego bycia na scenie. Scena jest dla mnie miejscem świętym. Przed wyjściem na nią jest taki wspaniały moment oczekiwania. Ja wiem, że mam ładunek "dobrej energii" - "dobrej nowiny"... Jestem tego świadoma. Ludzie to czują, przychodzą do mnie po koncercie i mówią, że czują się lepiej. To dla mnie naprawdę spełniające.
Ale ja to dostaję z powrotem! A może ta energia, ta radość jest jakąś wypadkową mojej - jak już dziś powiedzieliśmy - w sumie szczęśliwej drogi?

Lata 1973-85 - dla Pani czas kariery amerykańskiej... Jak wspomina Pani ten właśnie okres?
Kocham muzykę i kocham muzyków bardziej od siebie samej. To był wspaniały czas.
Wspólnie z Michałem Urbaniakiem występowaliśmy z największymi zespołami: Chicka Corei, Herbie Hancocka, Weather Report... Publiczność nie pozwalała nam zejść ze sceny.

Właśnie; osobiście spotykała się Pani z największymi światowymi gwiazdami. Które z tych spotkań zapamiętała Pani najmocniej?
Jest prawie regułą - im skromniejszy człowiek, tym zdolniejszy artysta. Jest coś takiego.
Ale powiem o "naszych światowych gwiazdach"... Muszę więc zacząć od wielkiego szczęścia spotkania i przyjaźnienia się z genialnym, polskim, a światowego przecież formatu, kompozytorem i pianistą - Krzysztofem Komedą. U Krzysia debiutowałam. I jemu bardzo, bardzo wiele zawdzięczam. Od niego, można się było uczyć - prócz muzyki - także pokory, skromności i ciepła.
Poza tym, czułam, że mu się podoba to, co robię. To było dla mnie - na starcie - strasznie ważne. Mówił: Ula, najważniejsze, byś jak najwięcej śpiewała. I niczego się nie bój. Krzyś czuł, że trochę się boję, kurczę, kulę... Miał coś z Milesa... Miles mówił muzykom: Ja biorę cię do zespołu nie dlatego, że słyszę jak grasz, tylko wiem, jak możesz grać... I z Krzysiem było podobnie... Na pewno... On mnie po prostu bardzo dobrze "wyposażył"...
Oczywiście, takim wspaniałym dla mnie spotkaniem z człowiekiem niezwykłego talentu było spotkanie z Michałem; cały nasz "amerykański podbój"... Dobry, pracowity czas...

Kilka lat temu, trochę znienacka, pojawiła się Pani na koncertach zespołu VOO VOO. Potem była płyta "Voo Voo z kobietami" (z gościnnym udziałem Pani i Ani Jopek). Jak się zaczęła ta wspólna przygoda? Czy nie od podróży do Janowca nad Wisłą?
Ze spotkania z VOO VOO bardzo się ucieszyłam. Bo to jest jeden z niewielu polskich zespołów "z takim stałym fundamentem". Który gra z taką samą pasją jak przed laty. Przede wszystkim - czujni, kreatywni muzycy, bardzo ze sobą związani. Jak chodziłam na ich koncerty, myślałam sobie: byłoby fajnie "tak z nimi..." Ale nie miałam śmiałości...
Pierwszy wspólny koncert zagraliśmy na jakiejś zamkniętej imprezie na ul. Foksal w Warszawie. Coś niesamowitego; zaraz od pierwszej nuty - "zaiskrzyło". Było tak, jakbyśmy grali lata ze sobą, a jednocześnie było świeżo, unikalne. Potem spotykaliśmy się od czasu do czasu na następnych koncertach. Pamiętam fantastyczny koncert na Rynku we Wrocławiu, potem w Stodole, a w międzyczasie, rzeczywiście, ów koncert w Janowcu, który z przyczyn technicznych - "nagłego braku fazy" - urwał się, tak że ja "do głosu już nie mogłam dojść"...
Ale wtedy, w czerwcu 2003 roku, pojawiłam się w Janowcu w ogóle pierwszy raz w życiu. Zwiedzałam ruiny Zamku, zabytkowy dwór. Poznałam całą historię tego miejsca; oczywiście - zaraz wszystko zapomniałam... Został mi obraz tych ruin. Przymierzałam się nawet by tam coś kupić, jakiś domek, działkę. Janowiec - czyli urocze, ciche a i kolorowe, miasteczko z klimatem...
Wtedy, podczas "tego urwanego koncertu", w malutkiej garderobie, czekając na swój występ, w pewnym momencie zaczęłam coś brzdąkać na gitarze. Obok siedział Robert Leszczyński. Nagle wszedł Mirek Olszówka. I Leszczyński mówi: Słuchaj, jaką ładną piosenkę Ulka napisała. Zaśpiewałam. Mirek wykrzyczał: Wojtek musi posłuchać! WW posłuchał, spodobało mu się, i powiedział, że fragment ten znajdzie się na nowej płycie VOO VOO. Tak też się stało, jeszcze jesienią tamtego roku, na "Voo Voo z kobietami". Warto pamiętać - bossa nova "Co ona ma" powstała właśnie w Janowcu.

Pani Ulu; Jednym słowem VOO VOO?
Transcendencja...

A gdy trzeba byłoby użyć więcej słów...
Zespół, który nigdy nie wie jak długo będzie trwał koncert. W VOO VOO tym się nie przejmują. Grają sobie z taką uciechą. To są jazzmani! Ten zespół jest zawsze świeży. Nigdy nie wiadomo "jaką drogą pójdą". Jest więc element pewnej tajemnicy, niespodzianki, wielkiej, fantastycznej zabawy. To mnie tak kręci. Dlaczego? Jest jedna prosta odpowiedź - Oni po prostu bardzo dużo grają, żyją muzyką, dla muzyki, a nie z muzyki... Jak ja ich słucham, to nigdy nie wiem, czy oni grają za pieniądze, czy nie... To band pełen pomysłów. Oczywiście - Wojtek, ale przecież i Mateo; ja kocham Mateo! Jak on śpiewa, i jak on się "nie oszczędza" - także wokalnie... Do tego sekcja: Karim i "Stopa". I wszystko iskrzy, swinguje!
Jak jestem zapraszana do wspólnych występów z VOO VOO, to jest to dla mnie zawsze święto. Ja sobie nie wyobrażam Wojtka mówiącego: No, teraz muszę zwolnić tempo, muszę się wyciszyć. WW to jest taki typ człowieka, że on mając nawet sto dziesięć lat prawdopodobnie zagra solo na gitarze, siądzie i się przewróci...

Tak, Wojtek ostatnio często powtarza mi: "VOO VOO - Moje miejsce na ziemi i niebie"... Bardzo fajne, celne, bo bardzo, bardzo... prawdziwe; myślę, że fani VOO VOO to czują... A gdzie są Pani "miejsca na Ziemi"?
Moim miejscem na Ziemi jest kula ziemska. To znaczy, ja zawsze byłam i będę Polką.
Mam tylko ten komfort psychiczny, że mogę sobie pozwolić, żeby się przemieszczać - kiedy chce i jak daleko stąd chcę. Dużo podróżuję. Jestem "życiową wiercipiętą". Cały czas gdzieś mnie nosi - do Japonii, do Izraela, do Ameryki, do Szwecji...
Oczywiście pamiętam wioskę Straconkę - moje miejsce urodzin i wczesnego dzieciństwa i ukochaną Zieloną Górę, w której się wychowałam. Nowy Jork, Warszawę. Teraz - w ostatnich dwóch latach - jestem częściej w Polsce, w Warszawie. Z różnych powodów. Fascynujące rzeczy dzieją się w Polsce.
"I na dobre i na złe"... Ale ciekawe. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym obserwować wszystko "przez lunetę" z oddali, z Manhattanu na przykład. Wciąż jednak, nie jestem dobrze rozpakowana. To było zresztą zawsze moją cechą. Nie wiem, może wadą? Że się nigdy do końca nie rozpakowałam. Wiedziałam, że długo nie zabawię... Gdzieś w podświadomości tęskniłam za tym jednym miejscem, ale miejsca tego się bałam. Wydaje mi się, że może sekretem mojego dobrego samopoczucia jest właśnie fakt, że jestem cały czas "jakby nad ziemią"... Taka jestem; trochę jak ptak...

A teraz - A.D.2005 - jakoś inaczej niż niegdyś patrzy Pani na Amerykę, ściślej - na Nowy Jork?
Nowy Jork - oczywiście, jestem od tego miasta zależna. I wciąż jakoś inaczej...
Byłam na przykład 11 września 2001 na Manhattanie. Bardzo to przeżyłam. Wystraszyłam się. Miałam nawet pewne poczucie winy, że wtedy uciekłam z tego miasta, bałam się tego miasta PO... Tak, jakby ktoś zachorował i mu wyznać: A, chory jesteś - spadam...
W Nowym Jorku, cały czas jest piętno tamtego gwałtu. Tam ludzie nie zdawali sobie w ogóle sprawy, że coś takiego może się zdarzyć. My - Polacy - mamy w genach wojny, tradycję "różnego rodzaju wyniszczania"... Dla Amerykanów to był i jest olbrzymi szok.

"Ula Dudziak - artystka, która nie boi się nowych wyzwań" - naturalnie i śmiało chce się coś takiego Pani wyznać... Całkiem niedawno śpiewała Pani klasyk: "Dziwny jest ten świat" Czesława Niemena. Z jakimi uczuciami?
Tak, niedawno dostałam propozycję, by na specjalnym koncercie zaśpiewać zupełnie odmienioną wersję tego klasyka. Czesiu był jedyny w swoim rodzaju. Jak ja puściłam nagrania Czesława mojemu mężowi, który jest Szwedem, dobrze zorientowanym w muzyce, ale nie polskiej, jak on to usłyszał, łzy mu się zakręciły w oczach. Wy takiego śpiewaka macie? - pytał. A ja na to: mieliśmy... Musiałam mu całą historię Czesia przybliżyć. Bo to nasz skarb!
Nie boję się nowych wyzwań, szanując "skarby" staram się też "swoją droga do nich docierać"... I tak też było z moją i Andrzeja Smolika wersją "Dziwnego świata".
Wyzwań szukam także i poza muzyką. Jestem na przykład kompletnie zakręcona na punkcie tenisa ziemnego. Jeżdżę na VIP-owskie turnieje, zdobywam puchary... Bardzo jestem za tym, by rozpowszechnić ten sport, zwłaszcza wśród młodzieży. Henio Sawka wymyślił nawet kiedyś taki rysuneczek: siedzi dwóch facetów na ławeczce, odpoczywają, w tle gra kobieta. I taki komentarz: Podobno ta Dudziak też śpiewa...

Co nowego śpiewa? Nad czym Pani obecnie pracuje?
Mam nowy zespół w Polsce, gramy ze sobą już jakieś półtora roku.
Nagrywamy nową płytę. To młodzi, zdolni ludzie, z energią, trochę podobną do VOO VOO. Kochają to, co robią. Pracuje z DJ-ami. Nie tak dawno, z DJ Vadimem nagrałam wspólną płytę. Mam stos pamiętników. Teraz tylko wszystko porządkuję i pragnę wydać, jeszcze w tym roku! Jest OK!

Dziękuję za rozmowę.

Maciek Proliński

Urszula Dudziak - wszechstronna, światowej sławy wokalistka jazzowa. Pracowała w studio i na estradzie ze sławami jak: Herbie Hancock, Marcus Miller, Michael Brecker, Bobby McFerrin, Krzysztof Komeda, Adam Makowicz i Michał Urbaniak. Była solistką orkiestry Gila Evansa. Nagrała blisko 50 płyt (m.in.: "Newborn Light" (1972), "Fusion" (1974), "Midnight Rain" (1977), "Vocal Summit" (1982), "Magic Lady" (1990), "Painted Bird" (1997).

powrót

Copyright 2004 by Kiton Art - Mirosław Olszówka