
Mirosław Olszówka
|
Rozmowa
z Mirosławem "Kitonem" Olszówką - aktorem
mimem, reżyserem, współtwórcą Teatru Scena Ruchu,
menadżerem Voo Voo i Lecha Janerki, producentem widowisk
i koncertów, właścicielem firmy "Kiton
Art".
Co to jest ruch kontrolowany?
Można tak nazwać pantomimę, w której wyrażając myśli, pojęcia,
zjawiska gra się wyłącznie ruchem ciała i mimiką.
I Ty w tym podobno jesteś mistrzem?
Mistrz to wielkie słowo. Wolę o sobie mówić - mim, który kiedyś
zakochał się w pantomimie.
Kiedy to było?
Znalazłem się w Teatrze Wizji i Ruchu, który prowadził Jurek Leszczyński,
kiedy miałem 19 lat i marzenie bycia wielkim aktorem. Zdobyłem
dyplom aktora mima i zacząłem grać m.in. w spektaklach "Rzecz
o Fauście", "Malczewski", "Burza", "Kain", "Szkoła
cudów". W sumie z Teatrem Wizji i Ruchu wystąpiłem w kilkunastu
programach telewizyjnych i w paru filmach fabularnych. Pamiętam
szczególnie obraz "Pierścień i róża", gdzie pojawiałem
się wielokrotnie, raz z wąsami, a raz bez.
Po jakimś czasie założyłeś swój własny
teatr.
Raczej założyliśmy, myślę tu o Małgosi
Mazurkiewicz, którą poznałem u Leszczyńskiego. W 1988 roku
nasz Teatr Scena Ruchu był
pierwszym prywatnym teatrem w kraju.
Pamiętam, że na ulicach Lublina bardzo
często widać było Wasze plakaty.
Potrafiliśmy zagrać nawet 100 przedstawień w ciągu roku. Wychodziliśmy
z założenia, że aktor jest po to, żeby grać. Był to jednocześnie
sprawdzian dla nas samych. Jeśli to co robisz nie znajduje uznania
u odbiorcy, widza nie masz po prostu co włożyć do garnka.
Kiedy do tego garnka "włożyłeś" muzykę
Voo Voo?
To był chyba rok 1990. Wybrałem się do klubu Grażyna w Lublinie,
żeby posłuchać zespołu, o którym ktoś mi powiedział, że jest dobry.
Już po pierwszym utworze szczęka mi opadła. Z jaką swobodą oni
grali, jak improwizowali. Czuło się, że ci muzycy są w stanie zagrać
wszystko i to na najwyższym poziomie. Zapragnąłem mieć ich muzykę
w naszych spektaklach. Poszedłem za kulisy i nieśmiało zwróciłem
się do Waglewskiego: - Panie Wojtku, czy zechcieli by panowie skomponować
coś dla Teatru Scena Ruchu? Waglewski najpierw mi kazał mówić sobie
po imieniu, a potem wyraził chęć obejrzenia nas na scenie. Stwierdził,
że jeśli spektakl przypadnie mu do gustu, napiszą do niego muzykę.
Zagraliśmy "Popioły" inspirowane obrazami Edvarda Muncha,
słynnego norweskiego malarza i grafika. Dwa tygodnie później otrzymaliśmy
od zespołu taśmę z gotową muzyką.
Co było potem?
Spektakle, spektakle w kraju i za granicą na wielu znaczących festiwalach
teatralnych. M.in. ze wspomnianymi "Popiołami", "Kalejdoskopem",
w którym to przedstawieniu pięknie na akordeonie zagrał Mateusz
Pospieszalski. Cieszyliśmy się, że to co robimy znajduje poklask.
W tym czasie Małgosia i ja otrzymaliśmy Nagrodę Teatralną Prezydenta
Lublina i Wojewódzką Nagrodę Teatralną.
I zostałeś menedżerem Voo Voo.
Gdy dostałem od zespołu propozycję prowadzenia jego interesów,
pomyślałem sobie - czym się tak naprawdę różni sprzedawanie spektakli
od sprzedawania koncertów? Po kilku dniach namysłu powiedziałem
- tak.
W tzw. międzyczasie założyłeś w Lublinie
klub Graffiti. Po co? Nie narzekaliście przecież
chyba na brak zajęć?
Podobnie rozumowali nasi znajomi, mówiąc, że bierzemy sobie na
głowę ogromny kłopot. A jednak spróbowaliśmy i udało się. Przez
7 lat zorganizowaliśmy wiele koncertów, spektakli, wystaw dla ponad
400 tysięcy ludzi! O Graffiti mówiło się, że jest jednym z najlepszych
klubów rock'n' rollowych w kraju. I ta marka pozostała do dzisiaj.
Klub ma już trzeciego właściciela i nadal chętnie występują w nim
nie tylko polscy artyści, liderzy uprawianych przez siebie gatunków
sztuki.
Pamiętasz Waszą pierwszą wizytę w Janowcu?
Pamiętam, że szukając miejsca na wakacje 14 lat temu kupiliśmy
tam ziemię. Teraz chcielibyśmy w Janowcu żyć na stałe. Do domu,
do Lublina przyjeżdżamy podlać kwiaty i zaraz wracamy nad Wisłę.
Właśnie tam, podczas spacerów, w mojej głowie rodzi się mnóstwo
pomysłów, które szybciej lub wolniej wcielam w życie.
Na przykład?
Choćby koncerty Voo Voo na dziedzińcu janowieckiego Zamku, czy
dwie płyty tego zespołu zrealizowane w tutejszym Spichlerzu.
Co to jest manes?
Zawsze słyszałem, że miejscowi mówią na nadwiślańskie wzgórze manes.
Idę na manes, palą ogniska na manesie. W tym miejscu wypasane były
kiedyś konie, a więc może słowo manes, pochodzi od słowa maneż,
które jak wiadomo oznacza plac do ujeżdżania koni? Nie wiem, ale
wiem, że to słowo od razu wpadło nam w ucho i postanowiliśmy tak
właśnie nazwać uroczy fragment Janowca.
Wprawdzie reklamujecie Manes jako jadło
z pejzażem, co jest absolutną prawdą, bo widok od
stołów przy których można dobrze zjeść, na Wisłę
i Kazimierz jest naprawdę rewelacyjny, to jednak
równie ważna jest strawa duchowa serwowana przez
Ciebie i Małgosię.
Śmiejemy się, że nam do życia, obok chleba, potrzebna jest sztuka.
Spełniamy się we wszelkiego rodzaju działaniach związanych właśnie
ze sztuką. Dlatego liczymy na to, że manesowi goście zaspokoiwszy
głód i pragnienie w naszym lokalu, zostaną na janowieckim wzgórzu
na dłużej, mając apetyt na przykład na dobry spektakl czy koncert.
Zdradź Wasze plany.
Przyszłoroczny sezon zaczniemy Majówką Teatralną. Gwiazdą tradycyjnej
już czerwcowej Sobótki będzie zespół Voo Voo, który w przyszłym
roku zamierza świętować jubileusz dwudziestolecia swojego istnienia.
W lipcu Zamek w Janowcu opanują jazzmani. Są warsztaty jazzowe
w Puławach, dlaczego więc nie połączyć sił i nie zorganizować dużego,
międzynarodowego festiwalu po tej stronie Wisły? Na sierpień planujemy
imprezę pod hasłem Zamkowe Lato Kabaretowe. Tak się składa, że
naszym wychowankiem jest Michał Wójcik, wyższy z panów Wójcików,
członek kabaretu Ani Mru Mru. Zaproponowaliśmy chłopakom, aby byli
gospodarzami spotkania młodych kabaretów z całej Polski.
Marzy mi się też , żeby na Manesie ustawić duży krąg taneczny,
na którym co tydzień, przez całe wakacje, ludzie oddawali by się
tańcom z różnych części świata. A więc jednej soboty były by to
rytmy kubańskie, potem żydowskie, rosyjskie, włoskie, francuskie
czy meksykańskie. Muzyce towarzyszyły by regionalne potrawy i trunki,
spotkania z ciekawymi ludźmi z tych krajów.
Jeśli choć część z owych planów uda Wam
się zrealizować, Janowiec i Manes stanął się prawdziwymi
centrami kultury.
Wyznaję zasadę, że jeśli człowiek czegoś bardzo pragnie i jest
konsekwentny w dążeniu do celu, to musi mu się udać. Po to, żeby
realizować nasze marzenia powołałem do życia Kiton Art. Jest to
firma menedżerska, której zadaniem będzie organizowanie wszelkich
imprez kulturalnych w Janowcu oraz bliższych i dalszych jego okolicach.
Sprzedajesz, z bardzo dobrym skutkiem,
Wasz teatr, Voo Voo. Jak chcesz promować swoje poczynania
w Janowcu?
Już to robię. Zacząłem od strony internetowej, którą właśnie Państwo
odwiedzacie. Rozważam ideę wydawania regionalnej gazety w trójkącie
Janiowiec - Kazimierz -Puławy.
W ubiegłym miesiącu na Manesie pojawił się... rycerz. Kazimierz
ma swojego koguta, pomyślałem więc o jakimś czytelnym symbolu dla
Janowca. Jeśli ktoś przyjrzy się dokładnie ruinom Zamku, dostrzeże
na jednej z jego ścian postaci rycerzy namalowanych przez znanego
artystę Grzegorza Sądeckiego. "Przeniosłem" je do ciasta
drożdżowego i oferuję na Manesie i w Zamku. Chciałbym, żeby ten
sympatyczny rycerz był znakiem rozpoznawczym dla wszelkich imprez
organizowanych przez nas w Janowcu.
Jesteś zakochany w tym miasteczku...
Bo to magiczne miejsce, które nie ma innej szansy rozwoju, jak
tylko turystyka i rekreacja. Jeszcze chwila, jeszcze parę lat i
ludzie tu żyjący zrozumieją to. W Janowcu brakuje bazy noclegowej,
miejsc, gdzie można by coś zjeść. Nawet niewielkie pieniądze zainwestowane
choćby w gospodarstwa agroturystyczne powinny szybko się zwrócić.
Może kiedyś Janowiec z Kazimierzem połączy kolejka gondolowa, taka
jak w górach. To dopiero byłaby atrakcja 130 kilometrów od stolicy,
nad Wisłą, z dwoma Zamkami w tle! Ten w Janowcu koniecznie musi
mieć iluminację i jak najczęściej powinny z jego murów lecieć w
niebo sztuczne ognie.
Mim, menedżer, marzyciel. Kim właściwie
jest Mirosław Olszówka?
Facetem, który łapczywie czyha na cudowne chwile w życiu, które
zdarzają się wówczas, gdy wymyślam coś nowego. Wiesz co mi ostatnio
przyszło do głowy? Dowiedziałem się, że komendant janowieckiej
policji jest zapalonym koniarzem. Rozmawiałem z nim, że gdyby tak
znaleźć jakiegoś sponsora, kupić kilka wierzchowców i posadzić
na nich funkcjonariuszy... Ile miast w Polsce ma konną policję?
powrót |