
|
ROZMOWA
Z Wojciechem Waglewskim
VOO VOO kończy w tym roku 20 lat.
Tyle koncertów... Tyle płyt - z przeróżnych muzycznych
światów... Jak nazwać sztukę którą uprawia zespół
VOO VOO?
Jest kłopot z klasyfikacją... To, co gramy jest
wynikiem sumy doświadczeń muzyków VOO VOO. Myślę,
że to się wpisuje w ogólny pejzaż muzyki współczesnej,
która najczęściej jest dziś eklektyczna. To znaczy
zawiera elementy muzyki klasycznej, etnicznej, jazzowej,
rockowej i nawet tanecznej. Muzyka w ogóle, gdzieś
od końca lat 70. staje się coraz bardziej eklektyczna.
Mówię tu o muzyce w sensie bardziej masowym, muzyce
wręcz rozrywkowej, a nie o tym, co robił np. Miles,
czy Coltrane. Mam więc w pamięci dokonania Davida
Byrne'a, Adriana Belew, Briana Eno, którzy w sposób
bardzo naturalny czerpali z wielu kultur. I były
to kompletnie nie obliczone spekulacją muzyczne spotkania...
Wydaje mi się, że jeśli ktoś chce rozwijać muzyczny
warsztat, musi się skłaniać ku innym kulturom, ponieważ
każda z tych kultur uczy czegoś innego. Kultura afrykańska
uczy fantastycznych podziałów rytmicznych, kultura
Japonii uczy takiego zupełnie odmiennego wewnętrznego
napięcia związanego z muzyką, kultura Indii uczy
z kolei jak "okiełzać trans", itd. W naszym
przypadku, muzyka jest bardzo osobistą formą wypowiedzi.
Na nią składają się, z jednej strony doświadczenia
jazzowe Mateusza, Karima i moje, a z drugiej - Stopy
- perkusisty o zdecydowanie rockowej proweniencji.
To, co nasz łączy w sposób najbardziej oczywisty
z jazzem, to otwarta formuła grania. Nasze piosenki,
bo przecież VOO VOO jednak najczęściej nagrywa piosenki,
traktujemy jako "punkt wyjścia", trochę
jak standardy jazzowe, w spotkaniach z najrozmaitszymi
muzykami. I w studio, ale zwłaszcza na koncertach.
Na to wszystko nakładamy czasem, bo przecież nie
zawsze, nasze fascynacje muzyką innych kultur...
Dziś te elementy etniczne w naszych piosenkach są
bardziej pochowane, nie znaczy to wcale, że oto mniej
etniczne... Wciąż chcemy zapraszać do swoich realizacji
muzyków z różnych stron świata, którzy to wespół
z nami zechcieliby tworzyć jeden wspólny organizm.
Ta "otwarta struktura", bo VOO VOO wciąż
pozostaje "otwartą strukturą", jest naturalną
szansą, by zapraszać publiczność na takie koncerty,
jak ten w kamieniołomach w Kazimierzu Dolnym z roku
1995, czy np. późniejsze - "VOO VOO - nie do
Poznania", "Flota Zjednoczonych Sił" w
warszawskiej Stodole, gdańskie "Północne Dźwięki" i
Koncerty Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Jak dzieciństwo spędzone w Nowym Sączu wpłynęło
na Twoją sztukę?
W czasie, gdy się tam wychowywałem, Nowy Sącz
był skupiskiem taborów cygańskich, w zasadzie całe
miasto było otoczone tymi taborami. Z moim starszym
bratem, po pierwszej lekturze np. "Przygód Hucka" Twaina
często się do tego świata Cyganów wykradaliśmy, by
podpatrywać i podsłuchiwać... Był to dla nas świat
egzotyczny i tajemniczy. Pamiętam, że w owym czasie,
w Nowym Sączu żyła też liczna społeczność żydowska.
Jeśli do tego dodać cały koloryt związany z miejscową
kulturą góralską Beskidu Sądeckiego - to otrzymamy
zupełnie multikulturowe miejsce.
Wszystko to chyba powodowało, że od dziecka życie
jawiło mi się jako zjawisko barwne, magiczne i nie
do końca wytłumaczalne...
A jak bardzo Osjan wpłynął na Twoje pojmowanie
muzyki? Pytam o znaczenie improwizacji - "tej
najmłodszej szkoły improwizacji - jazzowej" -
powtarzając za Johnem Handym, pytam o znaczenie dźwięków
świata, transu, no ale i pewnej "szorstkości",
a więc wszystkiego tego, co i w VOO VOO jest przecież
bardzo silnie obecne...
Jeśli chodzi o VOO VOO, to z roku na rok pracujemy,
by stać się mniej "szorstcy"... Choć pewnie
tak zupełnie owej szorstkości usunąć nam się nie
uda. Jest ona przecież jakimś wyróżnikiem muzyki
rockowej, od której to, jak już dziś powiedziałem,
całkowicie się nie odcinamy. Myślę tu o naturalności,
prostocie, a i pewnej nieprzewidywalności przekazu...
Jeśli zaś chodzi o Osjana, to poznałem "Go" w
momencie, w którym Osjanowi wydawało się, że uprawia
muzykę hinduską... Stwarzał bowiem bardziej wokół
siebie "taką hinduską atmosferę"- enigmatyczną,
pełną uniesienia, niż grał ragi na ten przykład...
Wszystko to więc było dosyć powierzchowne. Powiedzmy
sobie szczerze, wiedza Mila, czy Jacka na temat tej
muzyki była znikoma. No, przede wszystkim instrumenty
nie te! W instrumentarium Osjana nie było np. tabli,
czy tanpury - podstawowych dla muzyki hinduskiej.
Z czasem, te, także moje próby wgłębiania się w muzykę
Indii przyniosły pewien efekt. To znaczy dopiero
wtedy, gdy coraz więcej się o niej uczyliśmy, wszyscyśmy
się jej przestraszyli i zrozumieli, że jakże niewiele
o tej sztuce wciąż wiemy. I, że tak naprawdę to nie
ma sensu poświęcać się szczególnie tylko sztuce Indii.
Mówiąc najprościej - jeśli chodzi np. o tą indyjską, "najstarszą
szkołę improwizacji", to jest ona przecież przekazywana
z pokolenia na pokolenie prawie "nutka w nutkę"...
I tak naprawdę element owej improwizacji, w znaczeniu "tej
młodszej szkoły improwizacji - jazzowej", amerykańskiej,
czy europejskiej jest nikły. Co więcej, pojęcie czasu,
pojęcie rytmu, sposób artykulacji - wszystko to jest
w tej muzyce zupełnie wyjątkowe i nie do opanowania
przez muzyka z Europy...
W momencie, kiedy ja na dobre zadomowiłem się w Osjanie,
cała ta hinduska, orientalna otoczka została dość
radykalnie przez nas wszystkich odrzucona. Zajmowaliśmy
się po prostu opowiadaniem o świecie, w sposób całkowicie
improwizowany, przy pomocy wszystkich dostępnych
nam środków komunikacji. To znaczy używaliśmy np.
i elementów muzyki słowiańskiej, i amerykańskiej,
i afrykańskiej, i japońskiej. To ewoluowało w różne
strony...
Z czasem, nazwa "muzyka fruwającej ryby" odnosząca
się do Osjana, stała się, mam nadzieję, jakimś tropem,
podpowiedzią dla słuchaczy, że chcemy oderwać się
od jakichkolwiek muzycznych etykietek...
Ta "fruwająca ryba", bez wątpienia "naznaczyła" całą
moją dalszą działalność muzyczną, w tym filozofię
uprawiania sztuki w zespole VOO VOO.
Przede wszystkim, z Osjanem to ja po raz pierwszy
wyjechałem na tourne po Europie. Nie było to oczywiście
granie "towarzyszące", w restauracjach...
Były to przeróżne koncerty, od granych w komunach
hipisowskich, a na nobliwych festiwalach kończąc.
Graliśmy w Amsterdamie, w Salonikach, w Paryżu itd.
Graliśmy z wybitnymi instrumentalistami z różnych
stron świata, ze sceny jazzowej, free jazzowej, etnicznej.
Uczyliśmy się dopiero tego świata, także w sensie
stricte muzycznym. Trzeba sobie zdawać sprawę, że
dziś żyjemy w zupełnie innym kraju. Dziś dla mych
synów kontakt praktycznie z całym światem jest rzeczą
oczywistą.
Wtedy, a był to koniec lat 70., wyjazd do Europy
był dla mnie, otwarciem na świat oczu zakompleksionego
faceta z prowincji... I właśnie te wyjazdy stopniowo
powodowały, że przestałem siebie traktować jako człowieka
niższej kategorii. Ponieważ Osjan był i jest orkiestrą
w pełni niezależną, no i która gra jak żadna inna
na świecie... Nic nie wartościując - to właśnie staram
się utrzymywać we wszystkim co i dziś robię. Takie
niezależne myślenie o muzyce, również w kategoriach
powiedzmy wielokulturowych zostało mi do dzisiaj.
Ja się nie ścigam np. z zespołem De Mono - niczego
nie ujmując De Mono... Mnie interesują po prostu
pewne zagadnienia muzyczne. Uczenie się nich. Uprawianie
muzyki traktuje jako pokonywanie kolejnych przeszkód
i otwieranie wciąż nowych rozdziałów.
W Polsce, od dobrych kilku lat, muzyczne czerpanie
z tradycji stało się dość modne. Swój stosunek do
tej mody wyraziłeś w jednej nowszych z piosenek - "O
czuwaniu"...
To jest tak, jak z Zakopanem. Od wielu lat też
jest modne. Dla jednych, żeby pochodzić po Krupówkach,
a dla innych, żeby pochodzić wysoko po górach. "O
czuwaniu" jest buntem wobec tej pierwszej, biesiadnej
mody...
Oczywiście - jest muzyka rozrywkowa, czerpiąca z
folkloru, która aby się podobać bardzo szerokiej
grupie słuchaczy musi być uproszczona. Ze swej zasady.
Natomiast w muzyce etnicznej, którą my chcemy prezentować,
promować - tak w Osjanie jak w VOO VOO - jest znacznie
więcej niespodzianek, skomplikowania, a mniej przebojów.
20 lat istnienia VOO VOO i... 30 wydawnictw płytowych.
Często na Twoich płytach nie słychać stylistycznego
podobieństwa, nawet tych projektów bezpośrednio sąsiadujących
ze sobą. Dlaczego?
No, nie zawsze... Generalnie to nie lubimy się
powtarzać. Mam przekonanie, że uprawianie zawodu
muzyka jest dla wszystkich członków zespołu VOO VOO
okazją stworzoną do tego, by zaryzykować gesty prawdy.
W momencie, gdy czujemy, że się mechanizujemy, powtarzamy
- musimy natychmiast to zerwać... Każda z płyt VOO
VOO jest elementem poszukiwań. Niekiedy płyta zamyka
pewien etap, poczym zajmujemy się już odmienną, czasem
krańcowo odmienną materią dźwiękową. Ale nie zawsze
sąsiedztwo kolejnych realizacji jest do zatarcia...
3 czerwca ukazuje się nowa płyta
VOO VOO zatytułowana "XX cz. 1" - czyli
pierwsze z dwóch wydawnictw Jubileuszowych. Jaka
jest? Poszliście "drogą rewolucji - cięcia,
czy też może zarażenia ostatnimi nu jazzowymi przygodami"?
"XX cz.1" to dziewiętnaście, w całości
premierowych, myślę, że bardzo precyzyjnie poukładanych
piosenek plus jedna bardzo ładna melodia, już na
pewno znana naszym fanom z koncertów, autorstwa Mateusza.
"XX" - czyli w jakimś sensie podsumowanie naszych dotychczasowych przygód,
ale nie jakoś nadzwyczajnie okolicznościowe... Nagrywaliśmy ją "na spokojnie", "na
pełnym relaksie" i dość długo jak na VOO VOO. Ale myślę, że to bardzo żywotna
płyta, bo i nagrywana po raz pierwszy "w całości na setkę". Warto podkreślić,
że "XX" to płyta perkusisty... Czyli, że słuchacze znajdą na niej wiele
fajnych "Stopkowych smaczków", nieograniczonych np. aranżem... Mniej
więcej połowa płyty jest kontynuacją tego wszystkiego, co rozpoczęło się na "Płycie",
rozwinęło i zgęściło na "Voo Voo z kobietami" - czyli takiego klubowo-jazzowego,
już "bardzo naszego" grania. Jako się rzekło - mocno pulsującego, z "mięsistym
Karimskim basem", z barytonem Mateusza. "Całe drugie X" rozwija
się pomalutku, od ballad opartych tylko na gitarze i basie. Później przechodzimy
w klimaty lekko Waitsowskie, coś co już kilkakrotnie pojawiało się w naszych
działaniach. Potem, wszystko wykręca się jeszcze w stronę psychodelii, podbitej
analogową elektroniką, a powoli rozjaśnia melodyjnymi pieśniami - wręcz Beatlesowskimi.
Dwie takie właśnie pieśni, tym razem zdecydowanie zarażone The Beatles a nie
Afryką, popełnił Mateusz. Sam je też śpiewa, i tym razem w języku polskim! Jako
kompozytor debiutuje w VOO VOO Karim. Jest autorem jednego urokliwego tematu.
Wszystko ma być punktem wyjścia do późniejszych koncertowych rozwinięć, zabaw
i eksperymentów... Całość realizowaliśmy w ścisłym VOO VOO - składzie, ale w
kilku miejscach, zwłaszcza w przewrotnym chóralnym "Hula Hula Finale",
ze specjalnym wokalnym udziałem, znanych gości, naszych muzycznych przyjaciół...
Premiera koncertowa płyty 25 czerwca w Janowcu
nad Wisłą - miejscu od kilku lat szczególnie ulubionym
przez Twój zespół. No właśnie - miejsca... Przywiązujesz
się do miejsc? Gdzie szukać miejsc Wojtka Waglewskiego?
Dzieciństwo, mówiliśmy już - Nowy Sącz, z całą
magią. Dorosłość - Warszawa. Ursynów, z całym swym
oddaleniem, może samotnością, a na pewno piętnem
lat 80. Obecnie, od dobrych dziesięciu lat, spokojne
Kabaty. To miejsca zamieszkania, ale przecież i coś
więcej...
Są przeróżne miejsca wakacyjne. I do nich staramy
się, z rodziną, nie przyzwyczajać, zbyt często nie
powracać. Jestem zachwycony wciąż na nowo odkrywaniem
południowej Francji. Na pewno Mazury. Ostatnimi laty
- Warmia. No i ów Janowiec nad Wisłą - fantastyczne
miejsce i do relaksu, jakiejś izolacji, i do pracy.
Jak się zaczęło Twoje odkrywanie Janowca nad Wisłą?
Od momentu poznania Mirka Olszówki, managera
VOO VOO. I od "drugiego brzegu Wisły"...
Była połowa lat 90. Siedzieliśmy sobie na plaży w
Kazimierzu - z rodzinami i moimi przyjaciółmi, muzykantami
z Niemiec. Wtedy właśnie Mirek wymyślił słynny koncert "VOO
VOO w Kamieniołomach" z lipca 1995 roku, i zaczynał
dopiero z nami pracę. Przypomnijmy, na tamten koncert
Jarek Koziara, również rozpoczynający wspólną przygodę
z VOO VOO, wymyślił i wykonał dla nas pierwszą oryginalną
scenografię. Było to 80 gigantycznych totemów wkomponowanych
w pejzaż kamieniołomów.
Koncert był w pełni darmowy. Bawiło się ponad 10
tysięcy ludzi - w pięknej scenerii i starannej scenografii.
Rozpoczęliśmy o godzinie 17.00, a zakończyliśmy o
5.00 nad ranem!
Razem z nami zagrali wtedy m.in.: Orkiestra pod wezwaniem
Św. Mikołaja, Homo Twist, Świetliki, John Porter,
zespół Palinka Joszki Brody, kwartet smyczkowy...
I tak: do kamieniołomów w Kazimierzu, już po koncercie
z 1995 roku nigdy nie wracaliśmy. Myślę, że to celne,
że takie wydarzenie, jakby nie było na X-lecie zespołu,
przytrafiło się tylko jeden raz. Mirek w tym czasie
odkrywał już Janowiec - tam po drugiej stronie...
Nabył ziemię, zaczął się budować. Po niedługim czasie,
całe VOO VOO zaczęło poznawać to miejsce, także z
rodzinami. Często tam powracamy. Janowiec stał się
dla nas świetnym miejscem i do odpoczynku i do pracy.
Pamiętajmy, przecież VOO VOO, w tamtejszym spichlerzu,
dwukrotnie nagrywało swoje płyty: "Płytę z muzyką" i "Płytę".
To był dobry czas... Jesień. Mieszkaliśmy w dworku.
Mieliśmy próby w starym spichlerzu. Tam też koncerty,
przy okazji każdej próby - swego rodzaju podzięka
oraz przeproszenie za zakłócanie spokoju dla miejscowej
ludności... No bo Janowiec to przede wszystkim cisza,
spokój. Poza tym estetycznie bardzo to wszystko piękne:
dwór, drewniany skansen. Tak sobie myślę, że Janowiec
ma szansę rozwijać się z roku na rok. I tej szansy
nie powinien zaprzepaścić. Tam nie ma wciąż jeszcze "tego
fajansiarstwa" które już niestety zaczęło się
pojawiać w Kazimierzu. Słowem: rewelacyjne miejsce
do odkrywania... Do tworzenia i do prezentowania
sztuki.
Mirek Olszówka - wielki admirator rozwoju Janowca,
jako ważnego ośrodka sztuki, turystyki - wymyśla
i realizuje co rusz to nowe cykliczne imprezy m.in.:
Sobótkę na Zamku (zawsze z udziałem VOO VOO) oraz
Majówkę Teatralną.
Tak. Mirek jest pełen niesamowitych pomysłów.
Co ważne; większość z nich udaje mu się w pełni zrealizować.
Wciąż ma plany by tam, w letnim sezonie, gościł i
teatr, i kabaret, gościła i muzyka - "sztuka
nie-letnia", z najwyższej, nie tylko krajowej,
półki.
Janowieckie "okoliczności przyrody", niecodzienna
atmosfera, nie tylko fakt, że jest to "miejsce
na Ziemi Mirka" - wszystko to powoduje, że lubimy
tam grać, a także zwyczajnie sobie poprzebywać...
Na tegoroczną janowiecką Sobótkę szykujecie jakieś
Jubileuszowe WuWuwystąpienia?
25 czerwca w Janowcu po raz kolejny przydarzy
się Misterium Nocy Sobótkowej. Jednocześnie będzie
to Koncert Jubileuszowy na XX - lecie zespołu. VOO
VOO wzbogacone zostanie o Gości m.in.: Luisa Ribeiro,
Eldisa La Rosa - wyśmienitych muzyków jazzowych ze "sceny
wiedeńskiej", Annę Marię Jopek, Urszulę Dudziak,
oraz tancerzy. Tego wieczoru odbędzie się też np.
premiera hejnału Janowca, skomponowanego przez Mateusza
Pospieszalskiego. Przewidzieliśmy też, jak to w przypadku
VOO VOO często bywa, trochę niespodzianek...
Z kolei, na Majówce Teatralnej jedna z niewielu
szans podziwiania w tym roku "Muzyki ze słowami" -
niezwykłego projektu, którego jesteś pomysłodawcą
i autorem muzyki...
"Muzyka ze słowami" nie jest ani koncertem,
ani spektaklem teatralnym. Marysia i Janek Peszek
stają się tu przewodnikami niezwykłej wyprawy. Opowiadają
historie, napisane przez nieznanych szerzej krakowskich
autorów, śpiewają piosenki. Nie jest to spójna fabularnie
historia. To bardziej podróż wyobraźni, pełna emocji,
wzruszeń, ale w pierwszym rzędzie pogody ducha i
humoru. VOO VOO, w każdym przedstawieniu, występuje "na
żywo" współtworząc ten projekt, akompaniując
aktorom. Wszyscy - aktorzy, muzycy, reżyser Piotrek
Cieplak, producent spektaklu Mirek Olszówka - mam
przekonanie, uczestniczymy w budowaniu potrzebnej
wrażliwości... Sprawczynią tego przedsięwzięcia jest
Ala Mucha z Dziennego Ośrodka Adaptacyjno - Rehabilitacyjnego
dla Dzieci Niepełnosprawnych w Krakowie.
Myślę sobie że... nie przypadkiem, utworem, który
w dziesiątkach, wciąż odmienianych różnych wersji
stale powraca na Waszych koncertach jest "Flota
Zjednoczonych Sił"...
Tak. Ale idąc dalej pewnym kodem zawartym na
naszej płycie "Z środy na czwartek", jest
to dziś "Flota" zbudowana bardziej z kolorów
czwartku niż środy...
Dziś, wiosną roku 2005 - przejmującą a gdzieś też
przecież jakże mocno krzepiącą - tej siły pokonania
smutku musimy wciąż na nowo szukać... Będziemy się
starali.
Dumając teraz, już tylko o muzycznych, przemianach
w VOO VOO, przychodzi mi do głowy skojarzenie z twórczością
Tomasza Stańki. Jego muzyka ewoluuje. Od nawałnicy
dźwięków, free jazzu do spokoju, melodii - "prostego
piękna"...
Tomek jest moim guru. Cieszę się więc, że widzisz
pokrewieństwo w naszych poszukiwaniach, w naszej
drodze... Byłbym zaniepokojony, gdyby to, co ja tworzę,
nie odzwierciedlało stanu mojej świadomości. Pierwsza
płyta VOO VOO z 1985 roku, dziś brzmi dość histerycznie.
Niektórzy recenzenci pisali o niej, że to "zapis
muzyczny stanów schizofrenicznych"... Nie zapominajmy
jednak, jak wyglądało wtedy życie w Polsce... Z drugiej
strony, płytę tę kończyłem utworem "Dopóki",
podszytym jednak wielką nadzieją. Coś podobnego zdarzało
mi się i potem. Nerwowe, "dosyć ciemne" i
szorstkie, undergroundowe wręcz płyty takie jak: "Seszele" czy "OOV
OOV" kończą się w spokoju, w harmonii. W pogodzeniu...
Jeśli chodzi o naszą drogę - to naturalny proces,
że z czasem spontaniczność zostaje ujarzmiona przez
intelekt. Niczym nie skrępowane emocje ustępują miejsca
pokorze wobec życia, a więc także wobec dźwięku,
rytmu. Szlachetność tonu wypiera jego intensywność.
I wtedy dopiero muzyka może nabrać prawdziwej ekstatyczności!
I tak właśnie jest w muzyce hinduskiej, o której
trochę już dzisiaj rozmawialiśmy...
Na początku marca tego roku otworzyłeś kolejny
rozdział pt.: "Białko". Nieco zaskakujące,
przedsięwzięcie całego klanu Waglewskich... Na koniec,
opowiedz i o tej działalności...
"Białko" to nowy sklep w Warszawie,
prowadzony przez dwie Panie - moją żonę - Grażynę
i dziewczynę Fisza - Martę. Można tam głównie podziwiać
i kupować obrazy, w tym obrazy Krzysztofa Kokoryna,
czy Fisza, a także ręcznie robione, wielowymiarowe,
tajemne książki Radka Nowakowskiego, a także rzadkie
wydawnictwa z poezjami Leszka Janerki i Adasia Nowaka
z zespołu Raz, dwa, trzy. Nie wykluczam, że właśnie
w tym miejscu - niewielkim, ale miłym i przytulnym
- odbywać by się mogły i pewne wystąpienia związane
już bardziej wprost z zespołem VOO VOO, jak np. premiery
wydawnicze, podpisywanie płyt.
Zapraszam więc i do "Białka" - Warszawa,
Galeria Ursynów, na pięterku...
Dziękuję za rozmowę
Maciek Proliński
Wojciech WW Waglewski - ur. 21.04.1953
r. - gitarzysta, kompozytor, autor tekstów, wokalista
i producent muzyczny zespołu VOO VOO - zespołu,
który jako jeden z niewielu w historii polskiej
muzyki niebanalnej, ma w sobie taki "świata
puls"... (z akcentem i na świat, ale i z akcentem
na puls - w znaczeniu żywotności swego dzieła).
Dziś VOO VOO, prócz Waglewskiego,
tworzą: Mateusz Pospieszalski, Karim Martusewicz
oraz Piotr "Stopa" Żyżelewicz. WW jest
współtwórcą nazwy "Wielka Orkiestra Świątecznej
Pomocy", oraz autorem jej hymnu. "By
dialog był pełny trzeba dusz dwu" - śpiewa
Wojtek w tym hymnie...
powrót |