
Fot. kiton

- Zamek był zawsze dla mnie domem - mówi pani Bronisława.

W tej drewnianej chałupce dzisiaj mieszka pani Bronia. |
Z
WIZYTĄ U BRONISŁAWY ZŁOTNIK
Jest rok 1926. 6-letnia Bronia Złotnik
biega po dziedzińcu janowieckiego zamku. W 1931
roku obiekt kupuje Leon Kozłowski i zatrudnia braci
dziewczynki do prac murarskich przy rozpadającej
się ruinie. Rok 1945. Złotnikowie opuszczają czworaki
w sąsiednich Oblasach i przeprowadzają się na zamek.
Na stałe.
- Tu, gdzie teraz są pamiątki chowaliśmy
siano dla konia, a tu, gdzie jest kasa stała sieczkarnia
- z Bronisławą Złotnik, którą wszyscy znają w Janowcu
od zawsze, przekraczamy zamkową bramę i wchodzimy
na dziedziniec. 60 lat temu rosła na nim trawa.
- Trzeba było hodować konika, a jak konika to i krowę, żeby z
czegoś żyć. Kuchnię mieliśmy za tymi drzwiami. Dzisiaj nazywają
to miejsce "Kuchnią Złotników". Wodę przywoziliśmy dwukółką
dwa kilometry z Oblasów. Paliliśmy w piecu drewnem, no bo kto
po wojnie miał węgiel, i jakoś się żyło - opowiada Bronisława
Złotnik. I stuka laską po schodach. Wchodzimy na krużganek.
Znikająca kareta
- Dzisiaj jest łatwiej, są stopnie. Wtedy dreptało się gliniastą
ścieżką. Ciemno było i zimno i wszędzie dużo gruzu. Zamek się
walił.
Znowu drzwi. Jeszcze bardziej "historyczne". W pokoju
za nimi porodziły się dzieci pani Bronisławy: Janina, pracuje
w banku w Janowcu, Andrzej i Stanisław, poszli gdzieś w świat,
i Tadeusz. On dalej jest "zamkowy". Zbiera od turystów
opłaty na pobliskim parkingu. Zresztą turyści w Janowcu byli od
zawsze, dlatego Złotnikowie obok swojego pokoju urządzili małe
muzeum. Kilka obrazów, żeby ludzie wiedzieli, za co płacą tę złotówkę.
- W sumie były trzy pokoje do zwiedzania i jeszcze komnata Czarnej
Damy. Zna pan tę historię? Córka właściciela zamku, starosty Piaskowskiego
zakochała się w miejscowym wieśniaku. Ale rodzice nie godzili
się na ten związek i zamknęli ją pod kluczem. Niepocieszony kochanek,
prawdopodobnie po drabinie, dostał się do komnaty niewiasty i
oboje pożegnali się z życiem za pomocą ostrych sztyletów. Starościanka
została pochowana w Kazimierzu. Lecz tak długo po śmierci przychodziła
do rodziców, że ci w końcu przenieśli jej zwłoki do Janowca.
Legend związanych z Janowcem Złotnikowa zna jeszcze wiele. Choćby
o baranie - wełniaku grasującym po mostku prowadzącym na zamek
czy o karecie, która rozpędzona wjeżdżała na dziedziniec i nagle
gdzieś przepadała.
Tańcząca baszta
- Byliśmy z mężem zwykłymi dozorcami, ale jak przychodziły wycieczki
szkolne opowiadałam te legendy dzieciakom i mówiłam wszystko,
co wiedziałam o zamku - wspomina Bronisława Złotnik. - Przyjeżdżali
przewodnicy z całej Polski i spisywali moje słowa, a potem sami
oprowadzali wycieczki.
W 1949 roku Złotnikowie przeprowadzili się do zamkowej baszty.
Trochę było strasznie, bo baszta chwiała się na wietrze, ale na
szczęście Jerzy Żurawski, ówczesny dyrektor Muzeum Nadwiślańskiego
kazał opasać ją linami. Bał się o życie szóstki mieszkańców zamczyska.
- Na własny koszt wyremontowaliśmy sobie pokój. Zrobiliśmy podłogę
i kaflowy piec. Mieliśmy dwa okienka. Jedno wychodziło na południe,
a drugie na wschód. Potem dorobiliśmy się kuchni i małego ganku
- mówi Bronisława Złotnik. - Było trochę więcej pieniążków, bo
i dzieci zaczęły oprowadzać turystów.
Pani Bronisława do dzisiaj przechowuje numer "Płomyczka",
w którym redaktor opisuje, jak to spotkał 10-letnią Janinkę, która
trzymała w rączce pęk kluczy od zamku i rezolutnie powiedziała,
że warto zwiedzić też basztę, bo z niej jest najpiękniejszy widok
na Wisłę.
Bydło na tarasie
Najgorzej na zamku było mieszkać zaraz po wojnie. Janowiec był
bardzo zniszczony i ludzie przyjeżdżali na wzgórze po cegłę. Uważali,
że ruiny są niczyje i można kraść ile wlezie na furmankę.
- Prosiłam, żeby nie wyrywali kamieni z murów. A oni na to, że
przecież to nie moje, więc o co chodzi. A ja na to, że może ja
nie doczekam, ale ich dzieci będą chciały kiedyś zwiedzać zamek.
Któregoś roku Wisła tak wylała, że ludzie bydło nagnali na dziedziniec.
Zniszczyli wszystko. Najbardziej mi było szkoda pięknych tarasów.
Ja kochałam zawsze te ruiny. Nigdy nie zbudowaliśmy domu, bo zamek
dla nas nim był. Ja bym nie miała życia gdzie indziej. Każdy kamień
tu jest mój.
Grzyb silniejszy
Chyba 12 lat temu, pani Bronia dokładnie nie pamięta, grzyb "wygonił" ich
z zamku. Najpierw przenieśli się do stojącego niedaleko dworu,
a potem dyrektor Żurawski kupił dla nich w Puławach drewnianą
chałupkę. Załadował ją na samochód i przywiózł do Janowca, żeby
Złotnikowie dalej mieli oko na zamek.
- Mąż umarł rok temu. Tylko ja dyżuruję, chociaż już od dawna
jestem na emeryturze. Siedzę sobie w pokoju z tamtej strony i
widzę, jak wycieczka za stodołą pali papierosy. No to nie wytrzymuję
i muszę iść i zwrócić uwagę. Co by było, gdyby ogień wybuchł?
Przecież zamek niedaleko.
Artur Borkowski
Fot. Wojciech Jargiło
Artykuł ten ukazał sie w Kurierze Lubelskim 1 października 2004.
powrót |